piątek, 13 kwietnia 2012

Moje życie z Gładychem

Marcin Gładych ma od dziś 49 lat.

Mężczyzna ma tyle lat, na ile wygląda. A Marcin wygląda, jakby w istocie ukończył 49 lat. W latach jego młodości, a pamiętajmy, że wtedy Ziemia była młoda, płaska i kończyła się kataraktami, mówienie o wieku nie było w dobrym tonie.

Poznałem go w czasie jednej z tofifestowych dyskusji w letnim ogródku Teatru Wiczy. Był wtedy Marek Żydowicz, Andrzej Szmak i Jarosław Jaworski. Marcin cały czas nam przeszkadzał. Po spotkaniu podszedł do mnie i delikatnie zasugerował, że rozmowa była do bani. Generalnie przyzwyczaiłem się do tego, że publiczność nie oszczędza w tym mieście żadnych dyskutantów, ale najsrożej obchodzi się z prowadzącymi debatę. Marcin mieścił się w kategorii przeszkadzaczy.

Na domiar złego później zaprosił mnie na wystawę w pubie Grota. To miejsce wówczas kojarzyło mi się niezbyt pozytywnie. Przychodziła do niego dość specyficzna grupa klientów, którą w większości stanowiły toruńskie odpowiedzi na fenomen Paris Hilton, z jedną zasadniczą różnicą: nic nie zarabiali. W pubie podchodził do ciebie koleś, który wygląda na artystę, zachowuje się jak artysta, mówi jak artysta, ale jest jedynie grotowym celebrytą. Nie znałem się na miejscowej giełdzie towarzyskiej, więc sobie z tego towarzystwa otwarcie dworowałem. Później zmieniłem zdanie na temat tego lokalu.

Z Marcinem zdarzyło mi się współpracować. Efektem jest np. scenariusz filmu „Trzy życzenia” na podstawie prozy Rolanda Topora. Szczególnie zadowolony jestem ze sceny z „Leonem”.



Zdarzyło mi się także recenzować jego poczynania. Gdy skrytykowałem „Hakerów wolności”, zadzwonił z pretensją, dlaczego tak delikatnie się z nim obszedłem.

Dziś Marcin porzucił głęboki off i zaczął robić superprodukcję. Na jego Festiwalu Jednego Gościa wszyscy widzieli największe wpadki z planu „Panoptikonu”. Proszę Państwa, film jest świetnie sfotografowany. Myślę, że wielu torunian zdziwi się, jak wspaniale wygląda ich miasto we współczesnym filmie.

Mógłbym w tym momencie napisać, że produkcje i akcje Gładycha zrobiły w tym mieście znacznie więcej niż wszelkie starania o strategię kultury, TAK-i i Turkusowa Rewolucja. Że w jego filmach grają aktorzy wszystkich toruńskich teatrów, pomagają mu muzycy kilku zespołów, plastycy, montażyści, operatorzy nawet ze szkoły Rydzyka. Że łączy ze sobą na jednym planie fanatyków historii i militariów z artystami. Gładych ma dar przekonywania, że warto w coś się zaangażować, mimo że zyski z całego przedsięwzięcia rysują się mgliście, ale warto w to wszystko wchodzić i brnąć głębiej, bo pomysł wydaje się szalony i nie do zrealizowania.

Gładych ma 49 lat i w zasadzie już nic nie musi. Wypalił się jako fotografik, zapewne po „Panoptikonie” zajmie się didżejką albo poezją.

Taka mała rzecz, coś takiego jak pasja, sprawia, że facet w wieku, w którym na ogół kibicuje się z zaciśniętymi pięściami uczestnikom „Familiady”, należy do najbardziej innowacyjnych artystów w Toruniu.

W niedzielę w Kontrapunkcie za darmo będzie można sobie zrobić z nim zdjęcie. Jak z Wałęsą.

A na koniec jego najciekawszy film:

czwartek, 5 kwietnia 2012

Majowy Buum Poetycki nie żyje



W środę dowiedziałem się, że nie odbędzie się XIII Majowy Buum Poetycki w Toruniu. Organizator, czyli klub Od Nowa, będzie zamknięty z powodu remontu i na dodatek nie udało mu się zdobyć pieniędzy na festiwal, nawet na lżejszą plenerową wersję.

To ostatecznie przypieczętowuje koniec literatury w tym mieście. Zostanie tylko chujowy Festiwal Książki, na którym swoje trzy najnowsze powieści co roku będzie promował Janusz Leon Wiśniewski, i Wolny Rynek Poetycki, który jest bardziej miłym spotkaniem towarzyskim niż poważną imprezą literacką.

Bez Majowego Buumu Poetyckiego, który wymyślili Miłka Malzahn, Waldek Ślefarski i Maurycy Męczekalski, nie byłoby zapewne „Undergruntu”, kilku istotnych debiutów literackich i zapewne rzeszy poetów, którym imponowali panowie i panie trzymający w drżących dłoniach wydruki swoich wierszy. Wielu torunian nie związałoby swojego życia ze sztuką.

Zabijanie Buumu było długim procesem. Najpierw odbyło się mordowanie pisma „Undergrunt”, które miałem przyjemność zakładać z przyjaciółmi z Olsztyna. Być może byliśmy zbyt naiwni: niepotrzebnie wydawaliśmy pismo w książkowym formacie, publikowaliśmy zbiory wierszy, mieliśmy przyzwoitą dystrybucję i organizowaliśmy spotkania literackie w Piwnicy Pod Aniołem, Od Nowie, Domu Muz i Dworze Artusa. Być może to było samobójstwo, kiedy przed 12 laty sprzedawaliśmy książki i pismo po 5 zł, dołączyliśmy do niego płyty, a to wszystko za dotacje rzędu 3 tys. zł za numer. W pewnym momencie, gdy aplikowaliśmy o 20 tys. zł, co nawet wówczas nie wydawało się zbyt wygórowanym żądaniem, otrzymaliśmy odpowiedź od Grzegorza Grabowskiego, wtedy szefa toruńskiej kultury: „Przykro mi, dostaniecie tylko 8 tys. zł. Poradzicie sobie, znajdziecie sponsorów”. W tym mieście kurwa klub żużlowy czasami nie może znaleźć sobie sponsora, ale za to pismo studenckie odkryje w torunianach nowe pokłady czystej filantropii.

Urzędnicy od kultury zabili pismo, nikt nie mówił o toruńskiej literaturze po Empikach i miejscowych klubach i ludzie po prostu przestali przychodzić na Buum. Najpierw były tłumy. Paweł Dunin-Wąsowicz na pytanie dziennikarki TVP, czy młoda literatura polska jest popularna, odwrócił się bez słowa i wskazał tłum toruńskich studentów za swoimi plecami. Pod koniec rzadko się zdarzało, aby duża sala Od Nowy w czasie finałowego koncertu nie świeciła pustkami.

Młodych torunian i studentów nie kusiły sezonowe gwiazdki polskiej literatury ani jej wielkie nazwiska. Nie sposób dogodzić lokalnej publiczności – nieważne, że pojawiają się autorzy świeżo nominowani do Nike albo zwycięzcy Paszportów Polityki. To zdecydowanie za mały pretekst. Nawet, kurwa, deszcz, który zalał w zeszłym roku całe juwenalia, nie przekonał studentów, aby wybrali ciche i suche miejsce niedaleko poezji.

Do zabicia Buumu potrzeba było tylko kilku rzeczy. To ostatni festiwal Od Nowy w roku akademickim, na który zostawały skrawki budżetu. I nieważne, czy byłeś debiutantem, menelem czy absolutną doskonałością, występowałeś za 500 zł bez dojazdu. To wstyd, żeby literaci pracowali za tak śmieszne pieniądze.

Dupy dała toruńska polonistyka, ale nie spodziewałem się niczego wielkiego po studentach i wykładowcach ze szkoły, w której nauka literatury najnowszej kończy się na Białoszewskim, w której na zajęciach z teorii literatury dominującą myślą jest strukturalizm i fenomenologia. Nie sądzę, aby nauczyciele akademiccy choć słowem zająknęli, że w Od Nowie odbywa się Buum. Generalnie na spotkaniach pojawiali się jedynie Aleksander Madyda, Paweł Tański i Artur Duda. Reszty nie widziałem. Nie zaszczycali nas obecnością książęta toruńskiej poezji: Janusz Kryszak i Krzysztof Ćwikliński. W Od Nowie próżno było szukać Radosława Siomy, redaktora naczelnego „Teki” - jedynego pisma literackiego w Polsce, które upadło z lenistwa. Nie widziałem Joanny Bielskiej-Krawczyk, Wacława Lewandowskiego, Macieja Wróblewskiego, Rafała Moczkodana i pozostałych aktywnych miejscowych publicystów. Nie pojawił się nikt z „Kwartalnika Artystycznego” i „Przeglądu Artystyczno-Literackiego”.

Nie było też Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Toruniu, bo cały czas gorączkowo przeżywało okres formacji. Ze spotkań, na których mobilizowali się związkowcy, zapamiętałem tylko rozpaczliwe pijaństwo przed południem i gorące rozmowy o organizacji biura, w którym koniecznie musiałby być faks, jakby kurwa dalej były lata 80.

Z mediów – oprócz patronackich – liczyć można było jedynie na Radio PiK, które zawsze z wielką klasą przygotowywało relacje z imprezy. Żaden dziennikarz lokalnej telewizji nie dosiadał się do Bohdana Zadury albo Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, aby na wspólnym zdjęciu zrobionym chyłkiem wyglądali jak para starych dobrych przyjaciół. Fotoreporterzy nie kładli się w poszukiwaniu idealnego kadru przed Martą Podgórnik, Mariuszem Sieniewiczem, Jurijem Andruchowyczem i Tarasem Prochaśko.

To była dobra impreza, wyznaczyła w pewnym momencie standard festiwali literackich w kraju. Nikt na początku nie zastanawiał się, dlaczego Buum wędruje sobie po kolejnych tygodniach maja, dopasowując się – na wyraźne życzenie wielu gości - do targów książki w Warszawie. I dlaczego wykonawcy, aby zagrać w maju w Od Nowie, odwołują swoje wiosenne toruńskie koncerty w innych klubach.

Po kilku zmianach organizatorów festiwal odsłonił wiele swoich mankamentów. Środowisko zamarło i ludzie przestali przychodzić do Od Nowy na literaturę, trzeba było więc wymyślić kilka sposobów, aby uratować tę imprezę od pustki: wiązać ją z juwenaliami, program nasycać elementami, które dla pierwszych organizatorów wydałyby się czymś zupełnie niedorzecznym. Pierwsza prowadzona przeze mnie edycja tylko w jednym aspekcie przywracała Buum do lat świetności – byli widzowie. Festiwal jednak stracił swoją tożsamość i przepadł w programie juwenaliów, tak że później nawet wszechstronne zabiegi profrekwencyjne nie były w stanie nic z niego ocalić.

Gdy kończył się zeszłoroczny Buum, myślałem, że to jest jego ostatnia edycja, że to więcej nie ma sensu, że nie ma dla kogo. To było 12 dobrych lat, za które dziękuję Od Nowie, Miłce Malzahn, Waldkowi Ślefarskiemu, Mariuszowi Gajkowskiemu, Marcinowi Jurzyście i Szymonowi Szwarcowi.

Pora zacząć Jeeb.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Wymarłe wileńskie tradycje Torunia



„Toruń to jest znane miasto w świecie i bezkonkurencyjne ma zabytki i uniwersytet z prawdziwego zdarzenia z kadrą przedwojenną /Wilno/, która przekazała dobre tradycje. Bydgoszcz czerwone miasto z całym bagażem komunizmu. Nic więcej nie trzeba dodawać”
Anonimowy komentator


Nie wiem, czy człowiek, który wpisał się pod moim komentarzem porównującym nieco przewrotnie kulturę Bydgoszczy i Torunia, żartował czy mówił to zupełnie serio. Notka wygląda bardzo niedorzecznie, bo spotyka się w niej kilka typowo toruńskich mitów.

Czy Toruń jest miastem znanym na świecie? Podejrzewam, że nawet część turystów na tyle automatycznie zwiedziła miasto, że zupełnie go nie zapamiętała. Szkolne wycieczki zapamiętają jedynie meganudny pokaz w planetarium – przy całym szacunku dla edukacyjnej roli planetariów, ale wizyty w tych instytucjach jako dziecko wspominałem zawsze boleśnie. Do tego jeszcze Dom Kopernika, może Ratusz Staromiejski i zamek krzyżacki, na którym kiedyś z łuku postrzelił się bydgoszczanin (powiedział obsłudze: „Nie będzie mnie pan uczył z łuku strzelać” i trafił się w ramię). Poza Starówką młodzież niczego nie widzi.

Zależy oczywiście, jak postawimy poprzeczkę, od której zaczyna się „sława na całym świecie”. Myślę, że jednak Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Gdańsk biją nas w tej kategorii. Mimo to lubimy o sobie myśleć, że obcokrajowiec na jednym wydechu wymienia nas w tym towarzystwie i bez trudu postawi krzyżyk na mapie, gdzie Wisła szykuje się do miękkiego zakrętu.

Dlaczego mielibyśmy być sławni na całym świecie? Dzięki gotykowi? Dzięki Kopernikowi, którego nawet nie znał student astronomii z Paryża i Sztokholmu? Przeceniamy swoje możliwości. Generalnie niewielu Europejczyków potrafi wyjść poza garść frazesów, opisując Polskę. Generalnie niewielu Polaków potrafi wyjść poza garść frazesów, opisując Toruń.

Komentarz w sprawie uniwersytetu ograniczę do stwierdzenia, że UMK to uczelnia, która wyróżnia się może w kilku dziedzinach w perspektywie międzynarodowej i raczej nie liczy się w światowych rankingach szkół wyższych.

Nie mogę przeżyć tego Wilna. Wilnianie zostawili w Toruniu bardzo mocne ślady, ale nikt o tym nie mówi na co dzień, nikt tego zupełnie nie przeżywa. Przesiedleńcy z Wilna stworzyli całą strukturę uniwersytecką, wraz ze skopiowanym z Uniwersytetu Stefana Batorego wydziałem sztuk pięknych. Zakładali miejscowe instytucje kultury, tworzyli przez lata elitę tego miasta, ale ta historia zupełnie nie jest nikomu przypominana. Wszystko dziś zamyka się w zdaniu, że wilnianie przywieźli do nas uniwersytet.

Ta opowieść urywa się w pół słowa może dlatego, że jest na wpół mityczna. Lubimy o sobie mówić, że jesteśmy spadkobiercami wielkiego litewskiego dziedzictwa. A tymczasem do Torunia przyjechała w rzeczywistości stosunkowo niewielka grupa przesiedleńców z Wilna – większość trafiła na Warmię i Mazury, do Gdańska albo na Pomorze Zachodnie. Była to grupa dość elitarna, oderwana od swojej kresowej kultury i mowy, którą przemocą wprowadzono w zupełnie nowe środowisko. Zapewne nie pomylę się, twierdząc, że była nieco zamknięta na pozostałych mieszkańców.

W moim rodzinnym Olsztynie pielęgnowano wileńskie zwyczaje. W wielu dowodach osobistych przez lata w miejscu urodzenia widniało „Wilno ZSRR”. W moim rodzinnym domu mówiło się o Wilnie i Wileńszczyźnie. Nie mogło być inaczej – moi dziadkowie stamtąd się wywodzą: Butkiewicze i Maleszowie z Wilna, Giedrysy i Sosnowscy z okolic miejscowości Giedrojcie w dzisiejszym rejonie malackim. Do dzisiaj w Olsztynie skromnie świętuje się 4 marca, czyli dzień św. Kazimierza, patrona Litwy. A w Toruniu obyczaje kresowe zniknęły wraz ze śmiercią wielkich ludzi, którzy przyjechali do tego miasta uniwersyteckim transportem. Wileńskość Torunia jest mitem tak samo jak mitem jest jego wielokulturowość. Granie tą kartą nie ma większego sensu.